Na boiskach piłkarskich chcą boksować

Na chwilę odejdźmy od Euro. Narzekanie. To jedna z naszych cech narodowych. Lubimy sobie ponarzekać. Ale nie tylko to lubimy. Gdy nie mamy merytorycznych argumentów w dyskusji, a ktoś wytyka nam błędy i zwraca na coś uwagę, to najlepiej odpowiedzieć dając komuś w ryj. Tak po prostu. Jak czyjeś argumenty są dla nas nie do przeskoczenia, to najlepiej przyłożyć komuś w mordę. Czemu o tym piszę? Bo niedawno na meczu łódzkiej A-klasy jeden z zawodników właśnie tak chciał „pogadać” z sędzią. Teraz już wiadomo, że za swoje zachowanie odpocznie sobie od piłki.

Kto nie był na meczu A, czy B-klasy, może tego klimatu nie poczuć. Tam nie ma trybun, czystych i ciepłych szatni, czy cateringu z kolorowymi kanapeczkami dla sędziów. Przeciwnie. Zdarza się, że przebierają się w aucie, w przerwie nie mogą doprosić się o butelkę wody za 50 groszy, a grupa pijanych wieśniaków w swoim repertuarze nie zna piosenki „sędzia kalosz”. Śpiewy zaczynają od „sędzia chuj”.

Mógłbym tak długo wymieniać, że na boiskach są kretowiska, że chorągiewki rożne robione są z gałęzi i starych brudnych szmat. Naprawdę, żeby sędziować w takich warunkach trzeba to lubić i mieć jaja. Umówmy się, kasa za takie mecze nie powala na ziemię. Mimo to, w okręgowych związkach są faceci, którym co weekend chce się pogwizdać kilkunastu połamańcom.

Uwierzcie, że po takim „przywitaniu”, na „pożegnanie” można jeszcze dostać strzała od zawodnika. Sytuacja do której zmierzam dotyczy meczu Witonianka Witonia – Start Brzeziny. Zobaczcie sami:



Arbiter dał obrońcy czerwoną kartkę, za faul na zawodniku, który wychodził „sam na sam” z bramkarzem. No i się zaczęło… Na szczęście, sędziemu udało się uciec. Choć zawodnikowi Witonianki z odsieczą ruszył… jego ojciec i zaczął dusić arbitra. Ten mu się wyrwał i po chwili skończył mecz. Mecz, który był spokojny i w żadnym wypadku nie zwiastował takiego finału. Po spotkaniu facet się tłumaczył, że nie wiedział co w niego wstąpiło, że nie chciał, że on taki nie jest. Ogólnie to do mnie nie trafia…

W zeszłym tygodniu w ŁZPN zapadła decyzja. Zawodnika zdyskwalifikowano na 18 miesięcy. To chyba wystarczający okres czasu, żeby spokornieć i wyciągnąć wnioski ze swojego zachowania.

Przecież w taki niskich liga gra się przede wszystkim dla przyjemności. Ok., rozumiem, że ktoś płaci za to, żeby dojechać na mecz, mieć nowe buty, czy dorzucić się do klubowej składki. Ale nawet jeśli błędy sędziom na tym poziomie się zdarzają (co na pewno nie miało miejsca w tym przypadku), to trzeba mieć tego świadomość. Gafy przytrafiają się nawet tym najlepszym arbitrom, na samej górze. Więc mają miejsce i znacznie niżej. A jeśli jakiś pan „kopacz” nie potrafi zapanować nad emocjami i nadmiernie się grzeje, to niech sobie da spokój. Zamiast na boisku, niech gra w orkiestrze na trójkącie.

Nie będę tu stawiać arbitrów na piedestale. Chcę pokazać grupie osób, która ma jak najgorsze zdanie o arbitrach, że ich droga do kariery (a często tylko przygody) nie jest usłana różami. Ok, w żadnym zawodzie nikt nie zaprasza nas szczebel wyżej z otwartymi rękami, ale nie trzeba się też wspinać po drabince robiąc uniki niczym bokser.
Trwa ładowanie komentarzy...